Boję się…

Boję się…

Nie będę ukrywać, że jestem przerażona zbliżającym się wielkimi krokami porodem. Boję się, bo nie wiem co mnie czeka. Wiem, że czeka mnie ból. To normalne, aczkolwiek też mnie przeraża. Bardzo, ale to bardzo chcę mieć już Basię przy sobie. Wszystko co będzie po narodzinach nie napawa mnie prawie w ogóle strachem. Wiem, że sobie poradzę. Początki będą trudne, ale wszystkiego da się nauczyć, oswoić nową sytuację.

Poród i szpital to strach. Wszystko potem to spokój, szczęście i miłość.

Te chwile oczekiwania, napięcia i często zdołowania osładza mi kopniakami moja Córka.

Su Tong “Zawieście czerwone latarnie”

Su Tong “Zawieście czerwone latarnie”

Tong Zhonggui  znany jako Su Tong (pseudonim oznaczający “zwykłego Chińczyka” lub “tradycyjnego Chińczyka”) jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i obecnie najczęściej czytanych autorów chińskich. Niewątpliwie jest to pisarz kontrowersyjny, który w tematach erotyki, żądz ludzkich i popędów  płciowych przedstawianych na tle historii Chin porusza się z niezwykłą łatwością.

Najsłynniejszą swoją powieść – “Zawieście czerwone latarnie” (znaną wcześniej pod tytułem “Żony i konkubiny”) poświęcił tematowi kobiet w Chinach. Składająca się z trzech noweli książka mówi o zajmowanym przez nie miejscu w społeczeństwie w latach dwudziestych, trzydziestych i pięćdziesiątych XX wieku.

Trzy opowieści o różnych kobietach ukazują nam sposób traktowania niewiast w Chinach. Ukazanie ich w różnym czasie i w różnych warunkach pozwala nam – Europejczykom – na zbudowanie wizji odmiennej kultury niż nasza. Dla niektórych zapewne będzie to  wizja szokująca, dla innych w pewnych kwestiach podobna do wizji traktowania kobiet w Europie czy nawet w Polsce.

Su Tong pokazuje nam świat prostytucji, poligamiczne związki chińskich mężczyzn, biedę, uzależnienie od narkotyków, ucieczkę w szaleństwo. Pokazuje nam świat w którym kobieta jest przedmiotem wykorzystywanym przez mężczyzn. Jest konkubiną, żoną, matką, ale we wszystkim jest zależna od słowa mężczyzny. Nierzadko bywa także towarem za który można uratować inne – męskie – życie. Jest to bardzo smutny obraz życia Chinek, które nie dość, że znoszą ciągłe pomiatanie i brak szacunku, to jeszcze często same sobie są wrogami. Między kobietami w Chinach panuje zawiść, zazdrość prowadząca aż do nienawiści. Partnerki jednego mężczyzny rywalizują między sobą. Każda z nich chce być dla swojego pana tą najważniejszą.  Niestety żadna nigdy nie osiągnie tego czego pragnie.

Trudno wyobrazić sobie życie w takich warunkach. Brak możliwości decydowania o sobie, walki o swój los jest dla większości wyemancypowanych kobiet czymś niewyobrażalnym. Jednak mimo tych ogromnych różnic, które szokują w “Zawieście czerwone latarnie”, są też punkty spójne, które pozwalają spojrzeć na kulturę azjatycką przez pryzmat własnych doświadczeń. Takimi punktami są niewątpliwie emocje, miłość, oddanie, rodzina czy zdrada.

Su Tong nie ubarwia, nie stosuje zabiegów mających na celu złagodzenie opisywanych obrazów. Prostym, dosadnym językiem ukazuje nam Chiny takie jakie były i są. Dosłownie i często brutalnie odsłania sceny życia azjatyckich kobiet. Dzięki temu możemy zbliżyć się do innej kultury jeszcze bardziej, poznać ją z relacji kogoś kto jest jej częścią.

W 1991 roku powieść Su Tonga została przeniesiona przez Zhanga Yimou na ekrany kin. Rok później film otrzymał nominację do Oscara w kategorii: najlepszy film nieanglojęzyczny.  Wielbicielom kultury azjatyckiej, tematu traktowania kobiet w społeczeństwie, a także tym, którzy spragnieni są niezwykłych opowieści z innych zakątków świata polecam zarówno wersję książkową, jak i kinową.

Za książkę dziękuję pięknie portalowi Sztukater.pl oraz Wydawnictwu MG.

Potęga Bożego szeptu – Bill Hybels

Potęga Bożego szeptu – Bill Hybels

“Potęga Bożego szeptu” jest najważniejszą książką w dorobku Billa Hybelsa – autora kilkunastu wydań traktujących o duchowości. Do napisania jej autor przygotowywał się prawie 35 lat. Można by pokusić się o stwierdzenie, że całe jego życie zawodowe było swoistego rodzaju przygotowaniem do ukończenia tejże książki. Każdy dzień, każde wydarzenie czy spotkany na drodze człowiek był elementem potrzebnym do stworzenia „Potęgi…”.

Większość chrześcijan w jakiś sposób odczuwa w swoim życiu obecność Boga, mniej lub bardziej bezpośrednio. Ludzie modlą się do niego, wznoszą prośby, dziękczynienia, wyjawiają tajemnice o których nie potrafiliby powiedzieć drugiemu człowiekowi. Dla niektórych jest opoką do której mówią, ale nie otrzymują od niej odpowiedzi. Inni zaś potrafią wsłuchać się w swój wewnętrzny głos i odebrać ciche podszepty Boga. Bill Hybels próbuje nam uświadomić, że Boże szepty są wokół każdego z nas i tylko od nas samych zależy czy je do siebie dopuścimy: „Pan jest dostępny. Osiągalny. I gotów porozmawiać z Tobą właśnie teraz” (s.79).

Żyjemy w ciągłym pędzie. W czasach, kiedy nie jest łatwo o dobrą pracę każdy z nas daje z siebie wszystko, by być jak najlepszym, najbardziej wydajnym, najlepiej wyszkolonym. Każde słowo musi być poprzedzone przedrostkiem „naj”. Kiedy jesteśmy w biegu między domem a pracą, często zapominamy o sprawach naszego ducha. Liczy się pieniądz i potrzeby materialne. Gnamy przed siebie zapominając o tym, że nasze wnętrze także potrzebuje pielęgnacji i niejednokrotnie zadbanie o rozwój duszy zaprocentuje bardziej niż dbanie jedynie o ciało. Autor na przykładzie swojego życia, a także życia innych ludzi pokazuje jak wiele może zdziałać wsłuchanie się w cichy szept Boga. Te głosy to nie tylko rady, ale także szepty wsparcia, różnego rodzaju ostrzeżenia, zachęta do działania. Bóg nie daje gotowych rozwiązań, ale nakierowuje nas na właściwą ścieżkę. Może nie trafimy na nią od razu, może droga na początku będzie wyboista, ale rezultat będzie wart czekania i działania. Jeśli wsłuchamy się w ten szept to czas, który poświęcimy na dążenie do celu nie będzie już chaotyczny i nie będzie przerażał. Usłyszawszy głos będziemy spokojniejsi i już nigdy nie poczujemy się samotni.

Tylko jak w nieuporządkowanym świecie otaczającym nas wyłapać słowa od Boga? Jak sprawdzić czy pochodzą od Niego czy są wiadomością, którą mylnie mu przypisujemy? Otóż Bill Hybels w „Potędze Bożego szeptu” pokazuje nam filtry przez które powinniśmy przepuścić podszepty, aby przekonać się o prawdziwości tychże informacji. Dzięki prostym radom autora łatwiej będzie nam wychwycić właśnie te szepty, które skierowane są prosto do nas wprost od Boga.

Gdyby ta książka opierała się jedynie na doświadczeniach samego autora, wielu z czytelników zapewne zarzuciłoby mu, że patrzy na tę kwestię subiektywnie, może nawet przesadza w swych wnioskach. Bill Hybels przedstawia dodatkowo świadectwa wielu osób, którzy szeptów Boga doświadczyli w swoim życiu. Każdy z nich opowiada historię, która miała miejsce w jego przeszłości i jak bardzo na  przeróżne decyzje wpłynął cichy głos Boga, który usłyszeli. Historie te diametralnie od siebie się różnią. Łączy je jedynie fakt, że nakierowanie na rozwiązanie było właściwe i tuż po nim nadeszło szczęście i spokój.

Wielu z nas czytało Biblię we fragmentach, znamy przypowieści, historie biblijnych postaci. Warto jednak spojrzeć na to dzieło trochę inaczej. Bill Hybels sugeruje, że Biblia jest zbiorem szeptów na całe życie. Może kiedy będziecie mieć problem, kiedy sytuacja w której się znajdziecie będzie niejasna, spróbujcie otworzyć Pismo Święte na chybił trafił i przeczytać fragment na którym spoczną wasze oczy. Niejednokrotnie będzie to myśl, która rozjaśni mrok. Może będą to słowa, które nie wskażą wam rozwiązania, ale dadzą nadzieję i wiarę w przyszłość. Biblia to nośnik tego co Bóg chce nam powiedzieć. Warto mieć ją nieopodal i zaglądać do niej. Warto także zapamiętywać wersy, które są nam bliskie, bo nigdy nie wiadomo w jakiej sytuacji pojawią się w naszej głowie wskazując nam kierunek życiowej drogi.

„Potęga Bożego szeptu” to książka z którą niewątpliwie powinien zapoznać się każdy chrześcijanin. Dla wielu będzie ona miodem na serce i pomocą w ciężkich chwilach. Napisana przystępnym językiem wciągnie jak dobra powieść, a rady w niej zawarte na pewno przydadzą się w codziennym życiu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Esprit.

 

Marjane Satrapi – “Persepolis: Historia dzieciństwa”

Marjane Satrapi – “Persepolis: Historia dzieciństwa”

Przeczytane przeze mnie komiksy mogłabym chyba zliczyć na palcach jednej ręki. Nie liczę tych z dzieciństwa oczywiście, bo kiedy człowiek ledwo sięgał głową nad stół to obrazki były dużo bardziej atrakcyjne niż strony usiane samymi słowami.

Niespodziewanie kilka dni temu w moje ręce wpadł komiks Marjane Satrapi – “Persepolis: Historia dzieciństwa”. Uwagę najpierw przykuła świetna okładka, a zaraz potem, kiedy przeczytałam opis, postanowiłam jak najszybciej zagłębić się w treść. Okazuje się, że było warto, bo rysunki autorki są niebanalne – czarno-białe, wyraziste, często okraszone doskonałym czarnym humorem, ale także wielokrotnie niezwykle mądre, z tekstami przekazującymi uniwersalne prawdy życiowe.

“Persepolis” to komiks ukazujący zmiany zachodzące w Iranie z perspektywy małej dziewczynki. Jest to swoistego rodzaju pamiętnik autorki z okresu rewolucji islamskiej. Marjane patrzy na świat naiwnie jak każde dziecko, ocenia sytuacje według swojego kodeksu wartości. Jej oceny konfrontowane są z opiniami dorosłych – jej rodziców, babci, wujków,

ojców i matek koleżanek. Dzięki temu możemy spojrzeć na obalenie reżimu Szacha, wojnę z Irakiem i triumf rewolucji islamskiej z punktu widzenia dziecka i dorosłego. Możemy porównać te dwa spojrzenia i dzięki temu mieć pełniejszy obraz tego co działo się w Teheranie – stolicy Iranu – na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku.

Marjane jest dziewczynką niezwykłą. We wczesnym dzieciństwie (6 lat) ma wielkie marzenie, by zostać prorokinią! Nie interesuje jej bycie piosenkarką, nauczycielką czy aktorką. Jej marzenia, kodeks moralny, zasady z czasem ulegają zmianie. W ciągu czterech lat (bo tyle trwa czas akcji komiksu) dziewczynka dorośleje, inaczej ocenia świat i ludzi. Jej oczami patrzymy na moment wprowadzenia obowiązkowych chust dla kobiet czy na zmiany w szkolnictwie. Widzimy jak poważne sprawy dla małych dzieci często są błahe, jakie żarty sobie stroją, jakie absurdalne pomysły na zabawy przychodzą im do głowy. Widzimy także jak te beztroskie dzieci zaczynają patrzeć na świat doroślej, jak w końcu widzą całe zło i niebezpieczeństwo, które im grozi.

Komiks “Persepolis” w 2003 roku został uznany za Komiks Roku przez Magazyn Time. Stworzony na jego podstawie film animowany został nominowany do Oscara w 2007 roku.

Losy bohaterki doczekały się kontynuacji w “Persepolis II: Historia powrotu”.

Ewa Ornacka – Tajemnice zbrodni

Ewa Ornacka – Tajemnice zbrodni

            Wydana w 2010 roku książka Ewy Ornackiej pt. „Tajemnice zbrodni” to zbiór trzynastu historii zbrodni dokonanych w Polsce w ciągu kilkunastu ostatnich lat. Część z czytelników zna te sprawy z reportaży i dzienników telewizyjnych. Są to zdarzenia o których w Polsce było głośno i które często przez wiele lat spędzały sen z powiek policjantom, śledczym i rodzinom ofiar. Ta książka to rekonstrukcja tychże wydarzeń.

Dziewczynka wracająca ze szkoły zgwałcona i zabita przez swojego trzynastoletniego kolegę, podłożenie bomby w samochodzie policjanta, seryjny gwałciciel dokonujący swych zbrodni w biały dzień wśród tłumu – to zaledwie namiastka tego, co znajdziecie w książce Ewy Ornackiej. Wszystkie z opisanych spraw są niezwykle ciekawe, wszystkie były przez wiele lat nierozwiązywalną zagadką. Dziennikarka ukazuje jak bieg tych spraw zmienił się po latach, wraz z rozwojem nauki i techniki. Dowody, które kiedyś nie miały znaczenia dzisiaj są głównymi dowodami w sprawach o zabójstwa czy gwałty, przeoczone szczegóły wyostrzają się po upływie czasu. Kto wie, może z biegiem kolejnych lat, uda się rozwiązać kolejne zagadki kryminalne?

Historie, które opisuje autorka mrożą krew w żyłach. Pokazują do czego zdolny jest człowiek i są przestrogą dla nas – czytelników. „Tajemnice zbrodni” uświadamiają, że nawet najbliższych ludzi nie da się poznać do końca. Czasem oprawcy mogą działać pod wpływem emocji, czasem przyczyną ich agresywnych działań jest choroba, a czasem okazuje się, że ludzie, których uważamy za dobrych skrywają w swych umysłach mroczne tajemnice. Często bywamy zbyt pobłażliwi i nie dopuszczamy do siebie myśli, że mogłoby nas spotkać coś złego. Oglądamy programy w których ukazywane są sprawy zabójstw, gwałtów, porwań, ale nie dociera do nas, że to co widzimy za szybką telewizora może dziać się obok nas. Ta książka uczula, abyśmy byli bardziej ostrożni. Z zasady wiemy, żeby nie wsiadać do samochodu z ludźmi, których nie znamy albo nie pić napojów, które ktoś dla nas kupuje i nie mamy pewności czy czegoś do nich nie wrzucił, ale w praktyce wygląda to tak, że często pozwalamy sobie na odstępstwa od tych zasad. Kolega kolegi ma nas podwieźć po imprezie do domu. Wszyscy za niego ręczą, nawet nasi znajomi. Na sto przypadków okaże się, że mają rację, ale zawsze może zdarzyć się ten jeden, który będzie tragedią. „Tajemnice zbrodni” dają do myślenia na temat naszych codziennych zachowań. Ta książka stawia pytania: czy na pewno zachowuję wszelkie środki ostrożności kiedy wychodzę wieczorem z domu? Czy ludzie z którymi spędzam wolny czas to ludzie, którym mogę zaufać? Czy zachowuje się rozsądnie i nie prowokuje nieprzyjemnych zdarzeń? Warto usiąść i się nad tym zastanowić dla swojego bezpieczeństwa. Warto także polecić tę książkę swojej rodzinie i znajomym!

Zmiany, zmiany, zmiany… na lepsze!

Zmiany, zmiany, zmiany… na lepsze!

Pozamiatałam sobie troszkę w życiu. Nadałam trochę więcej kolorów, zaczęłam myśleć o tym co by tu zrobić, żeby było mi dobrze. Przez kilka ostatnich dni wstaję z uśmiechem i z uśmiechem kładę się do łóżka. Otaczają mnie fajni ludzie, którzy dają mi energię. Poczytałam też troszkę o sile wizualizacji, o przyciąganiu tego co wysyłamy i zaczęłam to stosować w swoim życiu. Efekt? Dwie wizualizowane drobne rzeczy spełniły się, tryskam energią, patrzę przez różowe okulary na swoją przyszłość.

Jak widać zaktualizowałam też motyw na blogu. Ten jest bardziej energetyczny i lepiej pasuje do tego jaki mam nastrój.

Mimo że kiedy spoglądam w dół to widzę sporą bańkę w której znajduje się mały człowiek to jeszcze do końca nie wierzę w to, że w moim życiu pojawi się za kilka miesięcy córka. Jestem szczęśliwa. Nie mogę się doczekać kiedy ją zobaczę :) Wszystko będzie nowe, cały świat odwróci się do góry nogami, będzie wielka rewolucja :) I nie mogę się już tego doczekać!

Wykorzystuje każdą chwilę, żeby robić coś fajnego. Czytam, piszę, oglądam, spaceruję, spotykam się z ciekawymi ludźmi. Za trzy miesiące będę pewnie zmęczona, niewyspana i będę trochę więcej narzekać, więc na razie dzielę się z Wami samymi pozytywami jakie w sobie mam :)

Trzymajcie kciuki za moje poczynania w kierunku zajęcia sobie czasu jeszcze bardziej :) Ahoj!

Eric-Emmanuel Shmitt – “Trucicielka”

Eric-Emmanuel Shmitt – “Trucicielka”

W moje ręce wpadła niedawno najnowsza książka Erica-Emmanuela Shmitta pt. „Trucicielka”. W roku 2010 zbiór został nagrodzony prestiżową Nagrodą Goncourtów  dla krótkiej formy.

„Trucicielka” to zbiór czterech opowiadań, które łączy wspólny motyw – namiętne, silne i destrukcyjne uczucia. Każda z postaci występujących w tychże formach układa swe życie wokół jednej dręczącej myśli. Myśl ta pojawia się w związku z jakimiś życiowymi wydarzeniami i determinuje działania bohaterów. Marie – starsza kobieta z tytułowego opowiadania, mieszka w małym miasteczku do którego przybywa nowy proboszcz. Marie jest postacią znaną nie tylko w owej miejscowości. Sławę zawdzięcza opinii seryjnej morderczyni swych trzech mężów. Staruszka posądzana była o trucie swych małżonków, by zdobyć po nich spadek. Każdy z procesów wytoczonych przeciw Marie kończył się jej zwycięstwem. Kobieta jest mocno zaangażowana w sprawy kościoła i kiedy przybywa do miasteczka nowy kapłan, Marie zaczyna dręczyć myśl o swego rodzaju uwiedzeniu księdza. Przychodząc do niego na codzienne spowiedzi i wyznając mu najobrzydliwsze tajemnice swych czynów, ma nadzieję, że zagarnie całą uwagę młodego księdza. Wszystkie swe działania podporządkowuje tej jednej myśli, jednemu pragnieniu – być jak najbliżej kapłana, sprawić, by był tylko dla niej. Nie inaczej sprawa się ma w przypadku owego proboszcza. On także dręczony jest jednym marzeniem – doprowadzić Marie do przyznania się do win, sprowadzić grzesznicę na dobrą drogę, a tym samym, przy okazji, dążyć do swojego awansu i wyjazdu z małomiasteczkowej parafii.

Bohaterami kolejnego zawartego w tomie opowiadania są dwaj świetnie zapowiadający muzycy. Są młodymi mężczyznami, którzy stoją dopiero u progu swej kariery. Podczas jednego z wyjazdów przychodzi im stanąć do zawodów sportowych. Chris powodowany zazdrością o większy talent i zdolności muzyczne swego kolegi – Alexa, postanawia wygrać za wszelką cenę. Kiedy Alex potrzebuje pomocy, Chris zbiega z miejsca wypadku. To wydarzenie determinuje całe życie obu muzyków. Jeden próbuje odkupić swoje winy. Drugi natomiast podporządkowuje swe myśli chęci zemsty. Te uczucia zatruwają życie obu mężczyzn, nie pozwalają im odciąć się od przeszłości i normalnie żyć.

Bohaterowie innych opowiadań także egzystują kierując się żądzami i emocjami. Tytułowa nazwa – „Trucicielka” nie tylko odnosi się bowiem do bohaterki jednego z opowiadań. Można ten tytuł traktować także jako upersonifikowanie owej myśli czy dręczącego uczucia. Jedno pragnienie może zatruć całe życie jeśli wszystko co robimy podporządkujemy tylko niemu. Myśl i desperacja w dążeniu do urzeczywistnienia jej jest trucizną dla nas samych.

Jest też jeszcze jedna kwestia, która łączy wszystkie te opowiadania. Jest nią postać Św. Rity, która jak można łatwo się domyślić była niezwykle inspirująca dla autora. Święta Rita jest patronką rodziny i przebaczania. Na świecie uznawana jest za patronkę od spraw trudnych i beznadziejnych. Shmitt nie bez kozery wybrał właśnie tę Świętą. Każdy z bohaterów znajduje się w sytuacji niezwykle trudnej i właśnie ta postać podkreśla rozpaczliwość, a czasem bezwyjściowość owych sytuacji.

Z pewnością „Trucicielka” będzie nie lada gratką dla fanów Erica-Emmanuela Shmitta, gdyż autor postanowił cztery opowiadania okrasić fragmentami swojego dziennika, który pisał podczas tworzenia tychże mini form. Jest to ciekawy pomysł na przybliżenie czytelnikowi pracy pisarza. Wielu z nas ma swoje wyobrażenia na temat rodzenia się pomysłów, a w rezultacie dzieł, które potem możemy przeczytać. Shmitt ułatwia nam to zadanie. Już nie musimy się niczego domyślać, autor pokazuje nam bowiem jakie myśli dręczyły go podczas pracy, jak rozwijał swe pomysły. Zatem nie tylko mamy w ręce efekt, ale także wiemy jak powstawał.

“Malowany ptak” Jerzy Kosiński

“Malowany ptak” Jerzy Kosiński

“Malowany ptak” to pierwsza książka Jerzego Kosińskiego z jaką się zetknęłam. Niewątpliwie właśnie ta powieść jest najpopularniejszą pozycją w dorobku artystycznym autora. Napisał ją po przyjeździe do Ameryki i przyniosła mu światowy rozgłos. Krążą na jej temat różne opinie: że nie napisał jej sam, że jego znajomość angielskiego była zbyt niewielka, by napisać taką powieść, że została napisana po polsku, a dopiero potem przetłumaczona na język angielski. Jaka jest prawda? Nie wiadomo. Początkowo uważana była za powieść autobiograficzną. Przedstawione w niej losy chłopca odtrącanego przez społeczeństwo miały być losami samego Kosińskiego. Autor jednak zaprzeczył i przyznał, że wydarzenia przedstawione w książce są jedynie wytworem jego fantazji. W każdej plotce jednak tkwi ziarno prawdy i autobiografizmu można dopatrzeć się choćby w tym, że sam Kosiński w życiu był takim tytułowym malowanym ptakiem, zbyt barwnym na polskie realia, a w Ameryce, mimo wszystko, obcym.

Książka podejmuje temat odmienności, bycia osamotnionym i wytykanym przez ludzi. Kluczowa scena opisuje jednego z mieszkańców wsi, który dla zabawy łapie ptaki i przemalowuje je farbami. Z czarnych stają się wielokolorowe. Lech każe chłopcu trzymać ptaka w rękach tak, by ten chcąc się wyrwać do lotu wydawał z siebie dźwięki. Stado słysząc jednego ze swoich zlatuje na pobliskie drzewa. W powietrzu roznosi się ptasi krzyk. Kiedy chłopiec wypuszcza ptaka z rąk i ten nieświadomy niczego wraca do swoich okazuje się, że nie zostaje rozpoznany. Ptaki widząc wielobarwnego osobnika rzucają się na niego jak na obcego i zadziobują. Tę historię można odnieść do życia głównego bohatera. Mimo, że jest “swój”, jednocześnie jest obcy. Czasy wojny to czasy, kiedy ludzie patrzą na karnację, kolor włosów, oczu. Bohater jest ciemnowłosym chłopcem, który śmiało może być brany za Cygana czy Żyda. Fakt ten sprawia, że pozostaje na marginesie społecznym. Ludzie próbują się go pozbyć, bo stanowi zagrożenie dla nich, dla ich życia.

Zawsze byłam fanką naturalizmu i wszelkie książki, które podejmowały tematy rzeczywistości oddanej niemal w fotograficzny sposób, dosłownie, z elementami turpizmu były dla mnie interesujące. Żadna jednak z dotychczas przeczytanych książek nie brzydziła mnie tak mocno jak “Malowany ptak”. Fizjologia, kwestie brutalnego seksu pojawiały się już u Zoli, ale nie odpychały mnie z taką siłą jak te ukazane u Kosińskiego. Mam wrażenie, że tutaj jest tego zbyt dużo, że autor zatracił gdzieś granicę, albo na siłę próbował zszokować czytelnika. Po przeczytaniu powieści miałam uczucie jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro pomyj.

Kosiński w “Malowanym ptaku” ukazuje także kwestie wierzeń ludowych, zabobonów, czarów. Jako fanka Tadeusza Nowaka, “Doliny Issy” Miłosza czy twórczości Wiesława Myśliwskiego byłam zachwycona oddanymi przez autora “Malowanego ptaka” rytuałami i praktykami wiejskich kobiet. Przepisy na każdą chorobę, które dzisiaj jedynie śmieszą i brzydzą jednocześnie, są fascynujące i spowodowały, że ta powieść zyskała dla mnie wielką wartość.

“Malowany ptak” to z pewnością powieść kontrowersyjna, która jednych przyciągnie bogactwem obrzydliwości, a innych odepchnie. Ja w swojej ocenie ustawiam się gdzieś po środku. Nie mogłam czytać jej “na raz”, bo była zbyt wstrząsająca, ale nie odrzucę jej z powodu brutalnych, ohydnych opisów, bo ma dla mnie wartość w innych kategoriach. Niewątpliwie cieszę się, że po nią sięgnęłam i, że w końcu zapoznałam się z najgłośniejszą powieścią Jerzego Kosińskiego. Zapewne sięgnę także do innych jego powieści, żeby rozszerzyć sobie spojrzenie na jego twórczość. Chciałabym też dotrzeć do książki o samym autorze, bo wydaje mi się, że znajomość biografii w tym przypadku bardzo zubożyła mi odbiór “Malowanego ptaka”. Może gdybym poznała autora bliżej, zrozumiałabym czemu użył takich, a nie innych środków.

Szczęście!

Szczęście!

Czekałam z tą informacją do dzisiaj. Chciałam się upewnić czy wszystko jest dobrze, poza tym nie chciałam zapeszać :) Dzisiaj już mogę Wam wszystkim ogłosić radosną nowinę. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki! :)

W październiku zostanę mamą :) W brzuszku mam prawdopodobnie dziewczynkę – tak czuję i tak wyszło z pierwszego usg, ale z tym jak wiadomo może być różnie. Zaczęłam właśnie 5 miesiąc i jestem z tego powodu prze-szczęśliwa :) Do naszego zacnego grona czytelników dołączy niebawem jeszcze jeden członek, bo oczywiście będzie zaznajamiany z lekturą od maleńkości. Zaczniemy od piszczących książeczek, aż dojdziemy do Dostojewskiego :)

Boję się tej nowej roli życiowej pewnie jak każda z mam. Wiem, że to najważniejsza rola jaką mam do spełnienia i będę się starać jak tylko będę mogła :)

I pierwsze zdjęcie mojej pociechy :) :

Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski

Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski

“Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego był książką przez którą nie mogłam przebrnąć, ale nie dlatego, że mnie męczyła. Przeciwnie. To książka, którą chłonie się słowo po słowie, linijka po linijce. strona po stronie. Co jakiś czas trzeba przystanąć i zastanowić się nad prawdami tam zawartymi. Nie da się jej przeczytać na kolanie, w autobusie, pędząc z jednego miejsca w drugie. Czytanie jej było dla mnie czymś takim jak rozkoszowanie się smakiem kawy o poranku. Każda kolejna strona była zaspokojeniem i jednocześnie zaciekawiała do dalszego czytania.

Czytając “Traktat…” miałam wrażenie, że gdybym miała wypisywać z niego cytaty to w końcu przepisałabym całą książkę. To powieść metafizyczna, która nie daje gotowych odpowiedzi, ale stawia pytania. Czasem udaje się na nie odpowiedzieć, a czasem nie.
Utwór ten jest monologiem starszego człowieka wypowiadanym w ciągu jednego dnia do nieznanego rozmówcy. Podczas łuskania fasoli człowiek opowiada mu o całym swoim życiu, młodości, czasach wojny, największej pasji – grze na saksofonie, nieudanym małżeństwie, aktualnym zajęciu. Nie ma tu chronologii, opowieści z najodleglejszych czasów przeplatają się z tymi współczesnymi. Poznajemy punkt widzenia narratora, ukazane nam zostają jego przemiany wewnętrzne. Opowieści o często pozornie nic nieznaczących wydarzeniach są kanwą do próby odpowiedzi na pytania o sens istnienia, o miejsce człowieka na świecie, o relacje między przypadkiem, a przeznaczeniem.

Wiesława Myśliwskiego ceniłam już dużo wcześniej. Jego powieści “Kamień na kamieniu” i “Widnokrąg” należą do moich ulubionych książek, a sam autor jest dla mnie jednym z największych polskich pisarzy współczesnych. Nie ma niczego co mogłoby mi się nie podobać w jego stylu, w sposobie opisywania wsi, w formułowaniu prawd, które przez to, że są proste nie przychodzą nam często do głowy. Wiesław Myśliwski jest dla mnie wielkim, genialnym pisarzem i mam nadzieję, że niedługo zapoznam się z całą jego twórczością prozatorską.

„Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi.”
Myślę, że gdyby wszystkie książki, które wybieram były takie jak “Traktat…” to mój świat wyglądałby zdecydowanie lepiej. Z czystym sumieniem polecam tę książkę wszystkim, którzy cenią literaturę z wysokiej półki!

Prawdziwe męstwo – Charles Portis

Prawdziwe męstwo – Charles Portis

“Prawdziwe męstwo” Charlesa Portisa to lektura dla miłośników przygody. Najlepiej tej, która dzieje się na Dzikim Zachodzie, gdzie bohaterami są kowboje i rabusie i gdzie dużo się pije i strzela.

Akcja powieści rozgrywa się w XIX wieku. Mattie Ross – czternastoletnia dziewczynka wyrusza w świat, by pomścić śmierć swego ojca. Pierwszą moją myślą na ten temat było: co taka czternastolatka może sama zdziałać? Jest wątła, szczupła, delikatna. Jest jeszcze dzieckiem. Mizerność wyglądu skontrastowana jest jednak z bardzo twardym charakterem. Mattie wie czego chce i jest tak uparta, że nie da się zwątpić w to, że jej się uda.

Mattie zatrudnia najlepszego strzelca, który ma jej pomóc w schwytaniu mordercy jej ojca. Rooster Cogburn jest postacią rodem wyciętą z najlepszych westernów. Doskonały w oddawaniu strzałów, z butelką whiskey w dłoni, szorstki i nieprzyjemny, ale jednak z wielkim sercem.

Na kartach książki pojawiają się także inni, nie mniej ciekawi bohaterowie, ale kogo dotyczy owe prawdziwe męstwo? Według mnie właśnie Mattie i Rooster to postaci, którym nie można odmówić tej cechy. Mattie, mimo że jest małą dziewczynką w sytuacjach bardzo trudnych zachowuje się jak dorosły mężczyzna. Jest odważna, prawa i wie do czego zmierza. Rooster natomiast ukazany jest jako szorstki samiec, którego prawdziwe męstwo przejawia się w odwadze i odpowiedzialności za Mattie.

Zastanawiam się czym dzisiaj jest prawdziwe męstwo? Mam wrażenie, że wielu ludzi myśli o męstwie tylko w kategoriach siły, tężyzny i krzepy, a przecież nie tylko o to w tym chodzi. Według Wikipedii “męstwo to cnota moralna, która polega na umiejętności podjęcia dobrej decyzji mimo niesprzyjających uwarunkowań, zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych. Cnota męstwa czyni zdolnym do stawienia czoła próbom i narażenia się na nieprzyjemne konsekwencje, w imię wyższych wartości”. Ile męstwa mamy wokół siebie?

Dzisiejszy dzień skłania mnie do wielu przemyśleń, głównie tych pod tytułem “odpowiedzialność”. Od rana, dokładnie od godziny szóstej, kiedy zbudził mnie silny ból, jestem w ciągłym strachu. Na szczegółowe badania muszę czekać do poniedziałku, ale jeśli sprawa się pogorszy mam jechać do szpitala. Staram się nie myśleć, że może być źle, ale każde ukłucie rodzi coraz większy strach. Ten strach rośnie jeszcze bardziej, kiedy wiem, że jestem z nim sama.
Życie jest dziwne, czasem tak splata wydarzenia, że możemy się przekonać na kogo możemy liczyć, a na kogo nie, kto nam pomoże, a kto tego nie zrobi, kto zainteresuje się naszym losem, a kogo on w ogóle nie obchodzi. Dobrze, że tak się dzieje. Może dzięki temu jesteśmy w stanie ocenić trzeźwo sytuację i iść dalej bez smutku i patrzenia z tęsknotą w przeszłość? Czasem nieprzyjemne sytuacje otwierają nam doskonale oczy.

Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało, żebym spokojnie dotrwała do poniedziałku, żeby w poniedziałek okazało się, że wszystko jest dobrze, żebym mogła być spokojna.

Smak świeżych malin – Izabela Sowa

Smak świeżych malin – Izabela Sowa

Po raz kolejny w moje ręce wpadła książka z cyklu “nie wyszedł mi związek, jestem samotna, ale w finale odnajduję miłość swojego życia”. Wydawałoby się, że taki temat może znudzić po wszystkich Grocholach, Kalicińskich itd., ale jednak tak się nie dzieje. “Smak świeżych malin” to urocza i dowcipna historia Maliny – studentki zarządzania, którą porzuca narzeczony. Oczywiście w jej życiu ciągle coś się komplikuje, Malina szuka nawet pomocy u psychiatry, który szprycuje ją dziwnymi substancjami, aż w końcu po przeróżnych perypetiach Malina odnajduje tego właściwego.

Mimo banalnej dość fabuły “Smak świeżych malin” ma w sobie coś świeżego, może rześkość wynikającą z młodości i szaleństwa bohaterów?

Zawsze zastanawiam się w przypadku książek z tej półki czy jest tak, że historie opisywane w nich są tylko i wyłącznie fikcją czy może istnieje w nich jakiś element prawdy? Czy takie scenariusze pisze czasem życie? Rozglądam się dookoła i jakoś tego nie widzę. A szkoda.

Mimo wszystko takie historie dają jakąś nadzieję na szczęśliwy koniec i to jest miłe. Przeczytanie tej książki zajmuje zaledwie 2-3 godziny, więc może warto raz na jakiś czas poświęcić chwilę i dać sobie zastrzyk takiego, może trochę naiwnego, ale jednak optymizmu.

z pokładów zwykłej, szarej codzienności…

z pokładów zwykłej, szarej codzienności…

Tak jak przewidywałam z dniem rozpoczęcia mojej pracy moje czytanie troszkę się uspokoiło, nie mam już tyle czasu, nie spędzam całych dni w pościeli i właściwie czas autobusowy, kiedy przemierzam miasto jest głównym czasem na czytanie.
Na razie nie mogę się przyzwyczaić do nowego trybu życia, ale z każdym dniem jest coraz lepiej.

Dzisiaj sobota. Sobota – dzień, kiedy część ludzi o tej porze przewraca się pod swoimi rozgrzanymi kołderkami i pochrapują sobie cichutko śniąc jakieś miłe sny. Ja siedzę już wyszykowana do pracy, popijam kawę, zaraz spakuję do torby książkę. Cieszę się, że tam jadę. Nie sądziłam nigdy, że będę miała ochotę uciekać do pracy od swojego życia prywatnego. Dawniej to było w jakimś stopniu naturalne, bo codziennie spędzałam czas na uczelni. Teraz te 10 godzin pracy to ulga, bo nie trzeba zbytnio myśleć, analizować, zastanawiać się. No i są ludzie dookoła, ktoś powie coś zabawnego, ktoś się uśmiechnie. Jest dobrze. Może jak się uda załatwić zmianę to jutro też pójdę do pracy?

Potrzebuję teraz rutyny, stabilizacji, spokoju. Potrzebuję nie myśleć  problemach i cieszyć się tym co mam i co będę miała niebawem, a będę mieć wiele. Kiedyś tu o tym napiszę, kiedy już wszystko ucichnie i będę mogła się z Wami podzielić tą informacją. Chciałabym nie słyszeć tych przykrych rzeczy, które słyszę ostatnio, które sprawiły, że poczułam się nic nie warta.  Aż chce się zacytować: ” Nigdy więcej nie ryzykuj jednym słowem. Mogę później nie zapomnieć, co mi powiesz…”

Tymczasem żegnam się. Wracam za 10 godzin. Zmęczona, ale zadowolona, choć nie wiem czy w domu będzie czekać na mnie cokolwiek dobrego.